- Lavender! - krzyknęłam oskarżycielsko. Ta senna chwila przyjemności prysnęła jak bańka mydlana. Bardzo realistyczna bańka mydlana. - Czemu mnie obudziłaś?
- Nie wiem. - powiedziała wzruszając ramionami. - Czemu spałaś?
- Co?! - parsknęłam. - To odciągające od tematu pytanie jest żałosne.
Lavender usiadła na moim łóżku po turecku, zasłoniła kotarę i zaczęła płakać.
- Lav, co jest? - powiedziałam siadając. Patrzyłam się na nią uważnie.
- N.. nic.. - siorbnęła nosem. - Naprawdę.
- Tak, może mi jeszcze powiesz, że nic cię nie dręczy. - zakpiłam.
- Miona, po prostu mi smutno.. Przytul mnie! - jęknęła.
Wykaraskałam się z kołdry przytuliłam Lavender głaszcząc ją po niezwykle niesfornych włosach. Przykryłam nas.
- No mów, co się stało. - powiedziałam cicho, przypominając sobie, że Parvati i Fay mają lekki sen. - Proszę. - dodałam po chwili.
LAv nabrała powietrza.
- NO więc.. Eh, nie wiem zupełnie, jak mam Ci to powiedzieć...
- Jakoś to zniosę. - stwierdziłam natychmiast przypominając sobie opowieść Ginny... Nie wiem czy byłam w stanie pochłonąć jeszcze jedną opowieść, ale miałam nadzieję, że Lav oszczędzi mi wątków o moim marnym życiu, przez który ma kompleksy bo...Ron jest mną zainteresowany.
- No, bo.. Ron jest tobą zainteresowany!
Czy powinnam zapisać się na wróżbiarstwo? Chyba jestem dobra z tego przedmiotu..
- Przykre, bo ja nie. - powiedziałam szybko, co było prawdą.. moje serce należało do zupełnie innej osoby. Nigdy nie powiedziałabym, że on, jest dla mnie ważny, najważniejszy, czy w ogóle cokolwiek dla mnie znaczy. Dobra. Dorosłam. Nie mam za co się obwiniać, po prostu kocham go ot tak. On może mnie też.. Nawet nie wiem. Ale czemu nic nie wiem? Może wiem, ale muszę się głębiej zastanowić?
- HERMIONA! Ty nawet mnie nie słuchasz! - powiedziała z wyrzutem.
- Wybacz. Odpłynęłam.
- Na temat Rona? - rzekła, a jej oczy napełniły się łzami.
- Mogłabym Ci powiedzieć, ale .. niestety jestem pewna, że wygadasz.
- To.. na czyj temat? - zapytała zainteresowana.
- Lavender, obiecaj!
- Obiecuję.
- Złóż przysięgę wieczystą. - wypaliłam.
- Co? Oszalałaś?
- Możliwe. - poweidziałam po głębszym zastanowieniu.
- Nie wiem, czy to nie jest karalne.
- Nie skąd. Najgorszą karą jest śmierć za wypaplanie tego Parvati lub Fay, lub komukolwiek innemu.
Lavender myślała przez dłuższą chwilę. Jej plotkarska natura była silniejsza.
- DOBRA.
Wstałyśmy. Musiałyśmy mieć jeszcze jedną osobę. Wiedziałam kogo wybrać. Wyszłyśmy z Pokoju wspólnego...
***
- Gdzie my jesteśmy? - zapytała idąc za mną.
- Gdzieś na drugim piętrze, obok łazienki Marty.
-Co?! Proszę, nie.. Ona wyśmiewa się z moich loków.
- Ty masz prawie 18 lat, Lav.
- I co? Ona potrafi być cholernie wredna.
- Ale chyba nie zapomniała jak się czaruję, co? - zapytałam z uśmiechem.
- Nie ma różdżki!
- Och, ty masz tak cholernie ciasny umysł, Lav, Lav. - zażartowałam i otworzyłam ciężkie drzwzi do łazienki.
Tradycyjnie słyszałam szloch Marty.
- Marto.. Chciałabyć poczarować.. może?
Duch dziewczyny rzucił się na dół.
- PEWWNIE. - powiedziała głośno.
- Chcę.. Ona chcę złożyć mi wieczystą przysięgę.
- Jasne, dajcie mi różdżkę.
***
- Dziwnie się czuję. - powiedziała Lav, Lav.
- Nie kłam, po przysiędze wieczystej nic się nie czuję. No może z wyjątkiem strachu.
- To powiesz mi do jasnej ciasnej w kim się bujasz?
- Tak. Wyjdźmy z dormitorium.
Ognisko się paliło. W Pokoju było późno. Zaczynało świtać. Postanowiłam się streszczyć.
- To Malfoy. - wypaliłam. - To Malfoy mi zawrócił w głowie.
- NIE GADAJ! - krzyknęła Lavender.
- LAVENDER! - skarciłam ją. - Nie możesz nikomu mówić, dopóty się nie połączymy, albo w ogóle, do końca nie możesz.
- Jasne. Tak wiem... Chodźmy spać, została nam na pewno z godzinka snu.
***
- AAA, HERMIONO! - krzyknęła Parvati.
Zerwałam się z łóżka.
- Co jest Pat? - zapytałam wpół przytomna.
- Lavender nie.. nie oddycha!
Myślałam, że zemdleje.
- Jak to? Mówiła Ci coś o mnie?
- Tak... tak.. że... że lubisz Malfoy'a.
- Cholera jasna, biegnij po profesor McGonagall! - rozkazałam i rzuciłam się do martwego już ciała Lav.. - FAY! Fay, pomóż mi ją ocucić !
Po wielokrotnych próbach nic nam się nie udało. Zabiłam ją. TAK. Ja to zrobiłam.
Profesor McGonagall patrzyła na nas dziwnie.
- To niemożliwe. To NIE mogła być przysięga wieczysta. Wykrylibyśmy czar.
- A... Jeśli to zrobiła osoba niezapisana do szkoły? - podsunęłam. To przecież Marta nas zaczarowała.
- Och i tak byśmy wiedzieli panno Granger. No cóż... Muszę zawiadomić jej rodziców. Jutro pogrzeb. Na błoniach. Przyjdźcie.
Jestem morderczynią....
Więcej, więcej ! *.*
OdpowiedzUsuńA ja tam się cieszę xd
OdpowiedzUsuńNiech się wypcha jaj jej nie lubię no xd
Aha, nie myśl, że tu nie zaglądam, ale czytam z 15 blogów i czasami nie mam czasu, ale teraz nadrabiam wszystko ^^
Pozdrawiam ;3